agnieszka2

Pie(rw)sza pielgrzymka Agnieszki z Berlina… Świadectwo, które dotyka

A więc to tak się odbywa Panie Boże…
Tak wygląda piesza pielgrzymka.
Tak idzie człowiek.
Tak idę więc ja, z każdą swoją troską, z każdym pytaniem, z każdym uśmiechem i z każdym Bólem, tym fizycznym i tym psychicznym. Idę taka jaką mnie stworzyłeś, poza zasięgiem Świata, w jakim przyszło mi żyć na codzień, bez makijażu, w brudnych butach, bez pretensji i roszczeń, ofiarowuje Tobie tę drogę. Tę długą drogę… Najtrudniejsze są ostatnie kilometry. Brakuje mi sił, by mówić modlitwę na głos, więc mowię ją szeptem. To jest najgłośniejszy szept w moim życiu. Ten szept krzyczy gdzieś w głąb mnie.
W obliczu takiego zmęczenia każde słowo modlitwy powtarzanej jak mantra w praktykach wschodnich, rozumiane jest coraz lepiej, rozkładane jest na części pierwsze i analizowane w coraz to bardziej dogłębny sposób. Każdy wers opanowuje umysł i staram się wyzbyć wszystkiego co złe i niepotrzebne.

Skończyliśmy wspólną modlitwę, śmiech i entuzjazm jaki towarzyszył nam przy starcie wydaje się tracić na sile, idziemy w milczeniu. To najbardziej bolesny, najbardziej intymny i najbardziej potrzebny czas pielgrzymki. Słońce blednie. To jest najgłośniejsza cisza w moim życiu. To jest czas na własne intencje, oraz intencje, które wzięłam na swoje ramiona w imieniu moich bliskich. Chmury są od góry ozdobione złotym słońcem. Jak tu jest pięknie… „Zdrowaś Maryjo Łaskiś pełna, Błogosławionaś Ty…” Patrzę na różowe niebo i rozumiem jeszcze bardziej, do Kogo się właśnie zwracam. Tak bardzo brakuje mi w samym sercu Europy zapachu lasu, liści i drzew, odgłosu ptaków i świeżego powietrza…

Czuje, że po raz pierwszy muszę poprosić o siłę bo robi się coraz ciężej, bolą mnie nie tylko popękane bąble na stopach ale i biodro. Ściemnia się. Zrobiliśmy już dziś ponad 30 km. Boli, Boli bardzo boli.

Wieczory spędzamy na rozmowach u rodzin nas goszczących. Od 8 lat żyje za granicą i przypomina mi się nasza wspaniała Polska gościnność i rodzinna atmosfera. Gość dom, Bóg w dom,- to widać, że goszczenie pielgrzymów ma dla rodzin duże znaczenie. Zostajemy naprawdę wspaniale przyjęci. Rozmawiamy o życiu codziennym, mistykach i rzeczach niewyjaśnianych. Sądziliście, że cuda zdarzały się kiedyś kiedyś za czasów Ojca Pio czy Siostry Faustyny? Mylicie się, ja rownież tak myślałam, a jest zupełnie zupełnie inaczej.
Roman wspomina o kobiecie, która po trudnym egzorcyzmie zostaje odwieziona do domu i mówi do kierowcy:
– „jak tu jest pięknie, jakie te drzewa są zielone…”
Kierowca w konsternacji zawahał się przez chwile, czy egzorcyzm się powiódł
„to normalne dla tej pory roku”-odparł
-„jak jechałam w pierwszą stronę to tego nie widziałam”
Gdy słyszę tę historię, powracam myślami do różowego nieba. Czy nie jest czasem tak, że nie dajemy sobie szansy spostrzeżenia czegoś pięknego wokół siebie? Żyjemy szybko, intensywnie, a gdzie jest wówczas różowe niebo?

W ciągu trzech dni pokonaliśmy odcinek około 90 km. Od ludzi, którzy pielgrzymowali kilka tysięcy kilometrów dowiedziałam się, że niezależnie ile jest do przejścia, czasami najdłuższa droga ma około 40 cm. Jest to odcinek od głowy do serca. Pielgrzymka z naszego ludzkiego punktu widzenia nie ma najmniejszego sensu. W jakim celu iść taki kawał drogi? Jak można ze sobą nieść coś, czego nie widać? Iść i zrobić sobie rany na nogach? Iść, gdy jest zimno i trzeba sięgnąć po płaszczyk przeciwdeszczowy?
Sens pojawia się dopiero wtedy, gdy cały trud pielgrzymowania chce się w jakiejś intencji ofiarować.
Żeby móc ofiarować, trzeba wierzyć.
Żeby wierzyć, trzeba umieć w pełni wybaczyć sobie i innym.
Żeby wybaczyć, trzeba pozbyć się żalu.
Żeby pozbyć się żalu, trzeba nauczyć się być szczerym wobec innych ale i (co o wiele trudniejsze) wobec samego siebie.
Żeby być szczerym wobec samego siebie, warto zwrócić się do Pana Boga.
Jeżeli któryś z tych elementów nie jest spełniony to nie sądzę, że pielgrzymowanie ma sens.
I ot to sedno mojej długiej czterdziestocentymetrowej drogi.
Nie namawiam nikogo do porzucenia codziennego życia wyzbycia się dóbr materialnych, wszelkich przyjemności w imię Boga. Nie każdy z nas ma zostać ascetą lub radykalnym katolikiem czy też działaczem wspólnoty modlitewnej. Do tego trzeba być powołanym, a powołania wyznacza Pan Bóg. Owszem, poważnym zadaniem jest porzucić wszystko co ludzkie, iść do innych wyrażających chęci wysłuchania Pisma Świętego i głoszenia Ewangelii. Wydaje mi się jednak, że w dzisiejszych czasach równie poważnym zadaniem, jak swojego rodzaju asceza, jest zastosowanie Pisma Świętego w takim zwykłym życiu codziennym. Dlaczego tak myślę? Bo nie łatwo powiedzieć „wierzę” wśród ludzi, którzy nie wierzą. Nie łatwo powiedzieć „nie” gdy mówią „tak”, mało tego, w dzisiejszych czasach nie jest już nawet łatwo przeżegnać się w miejscu publicznym. Zauważyłam, że dziś jest znacznie łatwiej powiedzieć (z całym szacunkiem do praktyk wschodnich): „medytuję godzinę dziennie” gdyż fitnessowy bilbord świadczy o tym, że to jest top, natomiast: „odmawiam regularnie różaniec ” wydaje się zaściankową anomalią.
Jestem na pielgrzymce wśród ludzi analizujących nieustannie Pismo Święte. Tu jest łatwo mi mówić o swoim Świadectwie. Znacznie trudniej będzie mi wrócić do swoich codziennych spraw i obowiązków i opowiadać o nim ludziom, którzy zapomnieli, że mają z Bogiem cokolwiek do czynienia. Trudniej będzie mi przełożyć to, czego się tam nauczyło na relacje z drugim człowiekiem, na relacje z rodzinne, zawodowe etc.
Moim zadaniem jest jednak napisać o szczerej modlitwie. Ja Panie Boże, Człowiek zwykły, na codzień stojący w korkach i przeklinający na nie, jedzący obiad między jednym terminem a drugim, wędrującym gdzieś z segregatorem i treningową torbą, wychodzącym na piwo z przyjaciółmi z ustami pomalowanymi na czerwono, chcę głośno powiedzieć „Wierzę”. Nawet gdy reszta Świata uważa, że modlitwa stała się passé i nie mieści się w modne kanony świata XXI wieku. Wierzę.
Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach wszyscy zaczynamy myśleć, że wszystko ale absolutnie wszystko jest wynikiem pracy nad samym sobą. Ja też się na tym łapię, by później się przekonać, że to wcale nie tak. Przykład: Ja Aga uprawiająca sport średnio 3 razy w tygodniu myślałam, że będę przodować na czele siedemnastu pielgrzymów. Tym czasem nie, ciągle byłam z tylu i prosiłam o siłę, bo mi jej brakowało, mdloło mnie z wycieńczenia. Moje kilometry wybiegane na bieżni nie zdały się na nic. Nie byłam super wydolna i wysportowana jak mi się wydawało. Skąd we mnie ta była pewność, że dam radę bez problemu?
Bo my ludzie Dążymy do
SAMOrealizacji,
SAMOspełnienia, SAMOwystarczalności.
Jak już uznamy, że jesteśmy super ZosiamiSAMOsiami i jesteśmy z siebie dumni, bo wszystko już posiedliśmy i docieramy na szczyt to nagle okazuje się, że oferta konsumpcyjnego Świata nie zaspakaja naszych potrzeb. Gdy mieć zaczyna przeważać nad być, a nacieszanie się kolejnym nowym produktem jest coraz bardziej krótkotrwałe, dostrzegamy, że wcale nam o to nie chodziło, że jednak czegoś nam brakuje, czegoś, czego nie da się zastąpić niczym innym. Ja wciąż doznaje łaski znajdowania tego czegoś i chcę krzyknąć każdemu z Was „wy rownież macie to na wyciągnięcie ręki.
Wiara wymaga jednak uznania zwierzchnictwa. Zwierzchnictwa kogoś nieomylnego, kogoś o wielkim bezwarunkowym Miłosierdziu. Nie Kościoła, który jest stworzony z ludzi więc chociażby z tego względu nie może być idealny i nie księdza, który ze swojej ludzkiej natury może prawić rzeczy, z którymi się nie zgadzamy i mamy do tego prawo- Pan Bóg nie chciałby byśmy nie korzystali z rozumu, w który sam nas wyposażył.

Tematem naszej Pielgrzymki było „Przekroczyć próg Miłosierdzia”. Sądzę, że zdecydowanie przekroczyliśmy go na symbolicznym polsko- niemieckim terenie.
I choć bywały momenty, w których miałam wrażenie, że oprócz wyżej wymienionego progu przekraczam również próg własnych możliwości, to zdecydowanie cieszę się, że miałam łaskę w tym ważnym wydarzeniu uczestniczyć
:))))!

agnieszka2

agnieszka