FB_IMG_1537464833792

Boczna droga

Droga 24 ma szerokie pobocze, wygodne dla wózka, ale po czterech godzinach marszu w huku tirów szukam spokojniejszej bocznej drogi. Oddalam się od ruchliwej highway i szutrową drogą wchodzę w dobrze znany mi krajobraz farm, pastwisk i pól. W ciszy, która mnie teraz otacza jest jednak coś dziwnego. Zatrzymuję wózek. Nie słychać żadnych dźwięków. Zwykle na wsi słyszy się kosiarkę, pracujący gdzieś traktor, albo farmerskiego pick-upa. Tutaj cisza jest absolutna. Zauważam na podwórkach rozwieszoną do suszenia bieliznę. Nie widziałem dotąd w USA takiego widoku, bo tu przecież wszyscy używają pralek i suszarek.
Jeszcze dziwniejsze jest to, że przed domami nie ma samochodów. Zamiast nich dostrzegam teraz czarne bryczki. Staje się jasne, że jestem w wiosce amiszów. Tutaj nie używa się większości zdobyczy cywilizacji. Z terkotem drewnianych kół przejeżdża powóz zaprzężony w czarnego konia. Na nim trzyosobowa rodzina w strojach jakby z innej epoki.
Kilometr dalej dostrzegam kobietę w czepku i fartuchu pracującą przy warzywach. Zaczynam rozmowę, krótko wyjaśniając kim jestem, i co tutaj robię. Pokazuję tablicę pokoju z mapą pielgrzymki. Kobieta jest ostrożna, uważnie przygląda się mojemu wózkowi. Po chwili lądują w nim pomidory i słodkie papryki. Są małe i nierówne, ale w smaku doskonałe, zupełnie inne od tych ze sklepu.
Annemarie jest ciekawa gdzie spędzam noce i czym się żywię w drodze.
Pod dom zajeżdża żółty szkolny autobus, z którego wysypuje się gromadka dzieciaków. Chłopiec w kapeluszu, białej koszuli i ciemnych spodniach z szelkami, dziewczynki w granatowych sukienkach i białych czepkach. Widząc mnie, zatrzymują się pod ścianą domu.
Wiem, że dzieci amiszów przed wyjściem do szkoły przez co najmniej godzinę wypełniają obowiązki przy gospodarstwie. Nawet najmłodsze. Nie używają nowoczesnych zabawek. Ich gry i zabawy nie mogą zawierać elementów konkurencji i współzawodnictwa, które słabszych stawiałyby w trudnej sytuacji. Twórczy indywidualizm, który w mojej cywilizacji jest normą i motorem postępu, tutaj zastępowane jest docenianiem wkładu każdego członka wspólnoty i zespołowym zaangażowaniem w większość prac. Ubrania i meble amisze zwykle wykonują samodzielnie, nie używając narzędzi elektrycznych. Gdy kupują w sklepie np. kołdrę, bywa że naszywają na nią od razu łatę, żeby nie wpaść w pychę z korzystania z nowego przedmiotu zbytku.

Kobieta ma na imię Annemarie. Gdy słyszy, że moja droga jest modlitwą za Amerykę, pyta dlaczego to robię. Wyjaśniam jak potrafię.
Przynosi mi chleb i masło.
Pyta, czy używam telefonu komórkowego.

Toczę wózek z powrotem na drogę 24. Sześć mil dalej jest stacja TIRów ze sklepem i prysznicami. Tam rozbiję namiot na noc i naładuję komórkę, bo słońce chowa się za chmurami i moje panele solarne nie pracują zbyt dobrze.
W huku ciężarówek myślę o tym, jak blisko siebie funkcjonują tak odległe od siebie światy.

Po chwili zatrzymuje się obok mnie policyjny radiowóz. Uprzejmy policjant chce wiedzieć kim jestem i co tutaj robię.
Gdy słyszy moje wyjaśnienie, jakby z troską w głosie udziela mi rady:
– Spróbuj znaleźć jakąś boczną drogę. Będziesz bezpieczniejszy. Tutaj kierowcy jeżdżą jak wariaci.

FB_IMG_1537464837770FB_IMG_1537464842313FB_IMG_1537464845600FB_IMG_1537464850151