FB_IMG_1535055335678

Brak światła

Idę przez tereny zwane „Aleją Tornad”. Czasem mijam pole kukurydzy, całkowicie zniszczone przez grad. Tornado jest potężnym i nieprzewidywalnym żywiołem. Trąba wirującego z wielką prędkością powietrza, potrafi oderwać od fundamentów murowany dom, albo podnieść osiemnastokołowego tira i rzucić jak zabawkę, ale jednocześnie potrafi przejść obok drewnianej wiaty, nie naruszając żadnej z drewnianych klepek. Towarzyszą mu często inne zjawiska, jak silne wyładowania atmosferyczne i uderzenie wielkich kul gradu. Zachowanie się tornada jest nieprzewidywalne. Moment jego powstania, czas trwania i moment zniknięcia, pozostają dla badaczy tajemnicą.

Właściciel motelu, który przyjął mnie przed burzą mówił, że jestem szczęściarzem, bo godzinę temu ktoś odwołał rezerwację tego jedynego pokoju. Wszystkie są pozajmowane – głównie przez ekipy, naprawiające okoliczne budynki po przejściu tornada i uderzeniach gradu.

W pokoju rozstawiam na stole moje ikony. Od kilku dni mam doświadczenie utraty światła. Poza bólem stopy wszystko jest ok, mam pieniądze, pogoda jest dobra, a droga płaska. Jednak od kilku dni czuje dziwną słabość. Droga, którą od wielu tygodni codziennie pokonuje już jakby mechanicznie, teraz stała się dziwnie ciężka. Ból stopy, pleców i zmęczenie nóg nasiliły się, ale wiem, że nie fizyczność jest problemem. O wiele trudniej ma teraz Wojtek w Teksasie.

Każda czynność wymaga teraz większego wysiłku i trwa dłużej, ogarnia mnie dziwna niepewność, modlitwa przychodzi z najwyższym trudem, nie czuję pozytywnych poruszeń. Jakby coś oddzielało mnie od drogi, jakbym z innego wymiaru obserwował swoją samotność. Nie potrafię tego opisać.. Czuję, że jestem słaby, poddany siłom, których nie kontroluję. Modlę się o siłę do wytrwania w drodze.

Przychodzą na myśl najtrudniejsze intencje, które niosę. Od matek, patrzących na terminalne cierpienie swoich dzieci, od ludzi samotnie przeżywających cierpienia fizyczne i psychiczne. Modlę się dla nich o cud uzdrowienia i ufam, że Bóg ma moc to uczynić, ale stale wraca pytanie, dlaczego cierpienie niektórych jest tak silne, a ich samotność tak wielka? Przeżywając dziś własną słabość, jestem szczególnie blisko osób, które cierpią. Cierpienie jest jak tornado: potrafi przyjść nagle, nie wiadomo skąd, i zmienić wszystko. Jego ścieżka jest nieprzewidywalna.

Ustawiam ikony: św. Józef z Jezusem, św. Rafka i Maryja. Teraz widzę, że wszystkie te osoby połączyło doświadczenie cierpienia i to, że potrafili je przyjąć. Nie mam świeczki. Próbuję ją zastąpić czerwoną lampką od wózka, ale właśnie skończyła się bateria.

Ten brak światła działa jednak teraz tym bardziej, jak jasny znak Obecności.

Wyjmuję zawiniętą w koszulkę, małą figurkę Maryi. Brakuje jej dłoni. Człowiek, który mi ją podarował tydzień temu powiedział, że przywiózł ją z Nowego Jorku. Towarzyszyła mu przez 10 lat wielkiego bólu i cierpienia. Modląc się, całował jej dłonie codziennie rano i wieczorem, aż w końcu się oderwały, przyklejone do ust, i gdzieś zaginęły.

Patrzę na puste miejsce na wysokości serca i czuję, że te dłonie są niewidoczne dlatego, bo wykonują teraz swoją pracę w niebie.

Właściciel motelu jest sympatycznym staruszkiem, który w latach 50-tych służył w amerykańskiej jednostce w Niemczech.

– Nasz okręt płynął z Nowego Jorku do Hamburga osiem dni. Morze było wzburzone. To było osiem najgorszych dni w czasie całej dwuletniej służby.

Kiedyś byliśmy na przepustce w kawiarni. Tam usłyszałem wirtuoza grającego na akordeonie. To był prawdziwy wirtuoz. Jego gra zachwyciła mnie. Bardzo zapragnąłem mieć taki instrument. Przed powrotem do domu kupiłem piękny akordeon i przywiozłem do Stanów.

Bardzo chciałem, żeby mój syn nauczył się gry na akordeonie. Wykupiłem mu lekcje. Obiecałem nawet, że dostanie 5 tysięcy dolarów, gdy opanuje instrument.

To wymaga pracy. Konsekwencji i ciągłych prób. 45 minut dziennie. Dzień po dniu.

Wszystko poszło na nic. Po trzech miesiącach rzucił instrument, bo matka widząc, że się męczy, dała mu pieniądze na coś innego.

Staruszek ściąga z szafy wielki futerał, kładzie na biurku i pokazuje mi niezwykłej urody stary akordeon z perłowymi klawiszami.

– Może syn nie miał talentu? – próbuję coś powiedzieć.

– Ach tam, talent! Sukces zależy od pracy. Od konsekwencji. My z żoną jesteśmy przykładem. Gospodarowaliśmy na 200 akrach kukurydzy. Dało się żyć, ale przyszły pod rząd dwa lata suszy i słabych zbiorów. Żona wtedy zachorowała i stanęliśmy na krawędzi bankructwa. Dosłownie cudem zdołaliśmy sprzedać farmę tuż przed wielkim kryzysem w 2008 roku. Potem ceny nieruchomości gwałtownie spadły i prawie za bezcen kupiliśmy grunt i wyremontowaliśmy budynki pod ten motel. Pracowaliśmy po 16 godzin dziennie, bez wakacji i wolnych weekendów. Tylko praca. W końcu się udało. Tylko praca. Ten kraj zawsze wynagradza za konsekwencję i ciężką pracę.

Znam siłę, jaka się bierze z trwania w codziennym trudzie. Stałość codziennej ofiary trudu i modlitwy zamyka przed złem niczym kokon bezpieczeństwa. A jednak mimo to, potrafi nagle się wydarzyć coś, co zabiera pokój i wprowadza lęk.

W tym kryzysie, który teraz przeżywam, nie tracę wiary w sens mojej drogi, ale przeżywam jakieś wewnętrzne drżenie, które dzięki łasce, w dziwny sposób zbliża mnie jeszcze bardziej ku Bogu, którego nie widzę teraz, ani nie czuję.

Demon szepcze, że Bóg jest brutalną i nieprzewidywalna siłą, która wcale nie działa według planu miłości. Bo jak pojąć odejście Kasi, matki trojga małych dzieci? Albo cierpienie siedmioletniego Karolka i jego rodziców?

Szept demona odciąga od modlitwy:

– To bez sensu. Modlitwa nic nie zmieni.

Widzę jak słaby jestem, jak w chwilach powodzenia zapominam o Bogu, skupiam się na sobie i łatwo przypisuję sobie zasługi.

Widzę swoj egoizm, pychę, marnowane łaski. Widzę, że umiem cieszyć się powodzeniem, ale gdy przychodzi próba, wtedy najchętniej bym od niej uciekł, próbując się ukryć…

Pamiętam, jak kiedyś w depresji nie potrafiłem się modlić. Ktoś udzielił mi rady.

Jeśli nie możesz odmówić Różańca – zmów Ojcze nasz.

Jeśli nie możesz – zrób znak krzyża.

Jeśli i tego nie możesz – podnieś choć oczy na krzyż.

W słabości, którą teraz czuję widzę, że żeby uwierzyć, oprócz decyzji potrzeba jeszcze zaproszenia, tego tchnienia Bożej obecności. Bez Boga nie ma miłości. Bez Boga nie ma przebaczenia.

Jezus mówi : „To ja was wybrałem. Nie wyście mnie wybrali.”

FB_IMG_1535055291689FB_IMG_1535055297349FB_IMG_1535055312374FB_IMG_1535055356085