FB_IMG_1535357187948

CZY WIERZYSZ ?..

Pod wieczór kończy się dobra droga -prawie całkowicie znika wygodne, asfaltowe pobocze. Z jezdni muszę uciekać w bok. Duże ciężarówki z wielką prędkością mijają mnie, prawie ocierając się o wózek.

Ruch samochodów jest zbyt duży, żebym zajmował pas ruchu na jezdni, więc muszę co chwila zjeżdżać na żwir, w którym z kolei grzęzną koła wózka i bardzo ciężko go pchać. Raz za razem wracam więc na asfalt, to znowu uciekam w piach przed tirami. Najgorzej, gdy dwie ciężarówki mijają się na mojej wysokości – gdy nie zdążę uskoczyć, mam wrażenie jakby pędząca masa stali ocierała się o mój łokieć. Mapa pokazuje, że do noclegu w miasteczku mam jeszcze 5 mil i nie ma żadnej bocznej drogi. Godzinę temu przyszła informacja o wypadku Wojtka na granicy z Meksykiem. Samochód uderzył w jego wózek. Na szczęście Wojtka nawet nie drasnął. Myślę o tym, jak blisko nas cały czas jest śmierć. Ile razy w ciągu tych prawie czterech miesięcy mogło nas spotkać coś złego. W Nevadzie 50 metrów ode mnie z hukiem wybuchło koło ciężarówki. A jednak cały czas z każdej trudnej sytuacji wychodzimy cało.

Gdy walczę z tirami, wąskim poboczem i grząskim piaskiem, tuż obok mnie zatrzymuje się biały van. Widząc moje zmaganie, kierowca oferuje mi pomoc – chce mnie przewieźć przez niebezpieczny odcinek drogi. Z zasady nie przyjmujemy z Wojtkiem takich propozycji. Droga ma być pokonana pieszo. Jednak tym razem zaczynam się wahać. Biały van blokuje fragment jezdni, więc trzeba szybkiej decyzji. Do kościoła w miasteczku jest 5 mil. To tylko 5 mil. Wtedy dostrzegam, że na lusterku w samochodzie kierowca ma powieszony różaniec. Daję mu znak ręką. Kierowca pomaga mi załadować wózek do tyłu vana.

Ma na imię Mark i naprawia klimatyzacje. W samochodzie panuje nieład od ilości narzędzi, kabli i różnych przedmiotów. Opowiadam mu o naszej pielgrzymce. Czuję ulgę, że jednak się zdecydowałem przyjąć pomoc. Mark pyta o mój krzyż. Był ministrantem przez 17 lat, ale po po poważnym wypadku jaki przeżył dwa lata temu, cały czas przechodzi rehabilitację i ma ograniczoną sprawność.

– Mój syn służył w Iraku, w korpusie Marines. Był sanitariuszem. Często widział z bliska śmierć. Odkąd skończył służbę, prowadzi bar dla kierowców w Jefferson. Czasem go tam odwiedzam, gdy jadę do moich klientów.

Mark nie jest typem gaduły. Odzywa się rzadko krótkimi zdaniami. Opowiadam więc o wydarzeniach, jakie przeżyłem w drodze, za wszystkie dziękując Bogu.

W końcu przerywa mi:

– Ewangelia mojego imiennika opowiada głównie o cudach Jezusa. Czytam ją wieczorami. Marek był prosty i surowy jak ja. Tam ciągle jakby pada pytanie: CZY WIERZYSZ?

Wyładowujemy wózek na skrzyżowaniu w miasteczku. Widać stąd już kościół. Mark jedzie dalej do swoich klientów.

– Dziękuję za pomoc – mówię ze szczerą wdzięcznością.

Żegnamy się uściskiem dłoni i głębokim spojrzeniem w oczy.

Pchając wózek w kierunku kościoła myślę o słowach Marka: CZY WIERZYSZ ?

Nie byłoby nas z Wojtkiem tutaj, gdyby nie wiara w sens tej drogi. Modląc się wierzymy, że jesteśmy wysłuchiwani, że na czas znajdzie się pomoc…

Kościół jest otwarty, ale nie ma nikogo, żeby spytać o nocleg. Gdy siadam w ławce przed ołtarzem, nagle zdaję sobie sprawę, że na plecach nie mam plecaka. W plecaku noszę zawsze wszystkie dokumenty i pieniądze, żeby mieć je zawsze przy sobie.

Jak błyskawica uderza mnie myśl, że musiałem zostawić plecak w samochodzie Marka. Pamiętam, jak kładłem go w kłębowisku kartonów i kabli. Odruchowo czuję lęk i nagły wyrzut sumienia: mogłem przemęczyć się przez te pięć mil i nie korzystać z pomocy … Wojtek pewnie by tak zrobił. To nie było uczciwe. Teraz mam za swoje. Odrzucam jednak szybko takie myślenie. To nie może tak działać, że spadła na mnie jakaś kara…

Tam było naprawdę niebezpiecznie , a Mark pomógł mi z serca…

Tak czy inaczej, mam poważny kłopot. Nawet gdyby ktoś chciał mi wyslać pieniądze na motel, czy choćby coś do jedzenia – nie odbiorę przekazu, bo nie mam żadnego dokumentu tożsamości. Najbliższy konsulat, gdzie mogę starać się o nowe dokumenty jest w Chicago … ale trzeba się tam najpierw dostać.

Myśli szybko przelatują przez głowę. Na szczęście mam telefon! Był cały czas w kieszeni kurtki. Ekran pokazuje 20 procent baterii. Ładowarka też została w plecaku.

Gdy walczę z przypływem paniki przychodzi myśl, żeby zacząć od modlitwy. Jestem w kościele. Jak trudno modlić się w takiej chwili! Wszystkie myśli uciekają w odruchu szukania ratunku.

Jak to możliwe, żebym zapomniał plecaka!

Mam nagle w uszach słowa, które powiedział Mark: CZY WIERZYSZ?

Przecież dotychczas każdy dzień tej pielgrzymki był cudem. Szedłem dzięki łasce. Czy to miałoby się teraz zmienić?

Próbuje się modlić, ale w głowie mam burzę. Mam przed oczami scenę w łodzi na wzburzonym jeziorze, gdy uczniowie ogarnięci lękiem budzą Jezusa słowami : – Ty śpisz? My giniemy!

Wtedy przychodzi myśl, żeby zadzwonić na policję. Nie mam wielkiej nadziei, że w czymś pomogą, ale chyba nic więcej mi nie zostało.

Numer 911 łączy mnie z posterunkiem w miasteczku. Tłumaczę nieporadnie moją historię, że jestem pielgrzymem, że idę z Kaliforni w kierunku na wschód, pchając wózek i że dzisiaj, korzystając z pomocy kierowcy, przez nieuwagę zostawiłem w jego samochodzie plecak z dokumentami i pieniędzmi.

– Czy zna pan nazwisko kierowcy?

– Nie. Tylko imię. Mark. Miał na imię Mark. On naprawia klimatyzacje.

– Czy na furgonetce były jakieś oznaczenia, nazwa firmy?

– Nie pamiętam, nie zauważyłem.

– Skąd pana zabrał?

– 5 mil przed Ogden.

– Czy coś jeszcze pan zapamiętał?

– Tak. Mark ma syna, który służył w Iraku, w korpusie Marines. Był sanitariuszem. Teraz prowadzi bar w Jefferson.

– To wszystko?

– Tak.

– Gdzie pan teraz jest?

– Kościół katolicki św. Jana w Ogden.

– Proszę czekać pod telefonem. Odezwiemy się.

Po 15 minutach dzwoni telefon.

– Znaleźliśmy pana plecak. Mark już jedzie do pana.

Nie dowierzam słowom, które słyszę. A więc udało się! Policja znalazła Marka! Odzyskam plecak!

Po kwadransie przed kościół zajeżdża biały van. Mark uśmiecha się szeroko.

Jestem tak uratowany, że ciężko mi powstrzymać emocje

– Jesteś chyba pierwszym Amerykaninem w mojej drodze, z którym witam się dwukrotnie.

Mark też jest poruszony.

– Dzwonił do mnie mój syn. Policja namierzyła jego bar. Myślał, że znów miałem wypadek. Dwa lata temu też do niego dzwonili.

Tir wjechał wtedy we mnie na skrzyżowaniu. Byłem zakleszczony w zmiażdżonym wraku. Pamiętam, że zanim straciłem przytomność, policjant powiedział do mnie:

– You’re really messed up boy! (Naprawdę kiepsko z tobą, chłopie).

A potem nagle coś mnie podniosło do góry i całą scenę zobaczyłem z wysokości kilku metrów. Pamiętam spokój, który wtedy czułem, nie było bólu, ani żadnych dźwięków. Czapka policjanta z góry miała okrągły kształt. Pamiętam, jak wyglądał dach karetki pogotowia.

A potem obudziłem się w szpitalu. Powiedzieli mi, że byłem długo w śpiączce, że mialem dużo złamań, kręgosłup był uszkodzony w trzech miejscach, ale nie było przerwanej ciągłości rdzenia.

Ale najważniejsze, co ci chciałem powiedzieć to to, że wtedy gdy się unosiłem nad ziemią, to było doświadczenie o wiele bardziej realne niż to, co czujemy teraz tutaj. O wiele bardziej realne.

FB_IMG_1535357195667FB_IMG_1535357180322