w1cz

Do Mateczki w Guadalupe

1 czerwca c.d.

Cały dzień mnie straszyło, ale nie zmokłem porządnie. Złapało mnie niemal na samej końcówce, tuż przed Dutton. Buty zdążyły napić się deszczówki. Gdy doszedłem do kościoła św. Williama zaczęło nawet grzmieć, i nawet dość duże krople spadły, ale to nic! Szybki kontakt z księdzem Stanisławem, który „załapał” się jako tłumacz. To już drugi polski ksiądz, z którym się nie spotykam, a tylko rozmawiam przez telefon. Ksiądz Stanisław był proboszczem parafii w Conrad. Pani Tania w niej pracująca, dobrze wiedziała kogo prosić o pomoc. Bogu dzięki za takie wsparcie! Ksiądz Stanisław dzwoni do księdza Johna. Ksiądz Johon dzwoni do Lynn. Lynn przyjeżdża i ratuje mnie przed deszczem. Dziś śpię w prywatnym domu Lynn i Billa.

w1cz2

Problemy z angielskim? Owszem, ale od czego technika!? Translator Google pomaga rozwiązać problem. Dowiaduję się, że piątka ich dzieciaków wyfrunęła z gniazda. Później zajmę pokój jednego z dzieci. Prawdziwy pokój amerykańskiego nastolatka! Jak w filmie, normalnie. Podobnie kolacja i modlitwa przed nią. Kieliszek wina bardzo smakuje po sutym posiłku. Ale oczy się kleją i nogi dają znać, że dziś było 50 km. A gospodarze nie zatrzymują. Idę spać.

Rano budzę się godzinę wcześniej niż planowałem. To dobrze. Jest czas na sprawdzenie wózka i przepakowanie bagażu. A potem Lynn zaczyna się krzątać przy śniadaniu. Śniadanie to już w ogóle po amerykańsku. Są słynne naleśniki. Takie, jak w filmach. I do nich cała masa specjałów. Chętnie zjadam owoce. Tych trochę brakuje w drodze. Ale jeszcze fajniejsze, że łączą się z Oskarem. Lubię się chwalić swoim synem. W końcu w życiu wyszły mi dwie rzeczy – włosy i on, syn. Zawsze nadmieniam, że Oskar angielski zna perfekt. I faktycznie płynnie rozmawiają z Billem i Lynn. Dziękuje im w moim imieniu za gościnę. Zapewnia, że zabieram moich troskliwych gospodarzy z sobą do Mateczki w Guadalupe. Piękna atmosfera. Zostaję jeszcze obdarowany powerbankiem.

Oj, może się przydać, gdy będą ze 3 dni na pustyni. Na drogę łakocie i owoce. Trzeba iść. Błogosławieństwo, uściski dłoni… Wychodzę. Bill pokazuje mi drogę. Gdy już troszeczkę wzruszenie przechodzi, robię znak krzyża, aby zacząć śpiewać godzinki. W tym momencie jednak zatrzymuje się przy mnie auto. Lynn trzyma w ręku kamizelkę odblaskową. Dobry pomysł! Cały czas szaruga. Lepiej być widocznym. Ale to chyba i tak tylko pretekst, aby jeszcze się uściskać. Naprawdę, to był bardzo szczery „misiek”!

Przyznam się, iż sądziłem, że Amerykanie będą bardziej obojętni. Przyjemnie zostałem zaskoczony. Jak dotychczas spotyka mnie tylko dobro, i uczynność, i zrozumienie, i pomoc. A przyjeżdżający kierowcy pozdrawiają gestem ręki, tak jak kanadyjczycy. Aż chce się iść i śpiewać.