5cz

Ta droga nie jest dla mnie

5 czerwca

6cz

Gdy masz glukozę we krwi, wody pod dostatkiem i kości wypoczęte po spaniu na miękkim – zachwyt nad życiem szybuje wysoko a piękne myśli same układają się w zgrabne zdania.
Ale gdy budzisz sie na pustyni obolały z zapiaszczoną gębą i, nie wiadomo stęknąć najpierw czy podrapać się w komarowe żerowisko – może być tak samo!
Wczoraj do kapelusza doszły trzy pióra jastrzębia. Za zdobycie trzech kolejnych summits – szczytów. Jeden nazywał się Pinta. Tak, jak jedna z trzech karawel Kolumba, gdy płynął odkrywać Nowy Świat. Flagowa karawela nazywał się Santa Maria. Ona prowadziła. I teraz jest tak samo…

O. Tom mówił, że na pustyni można spotkać wiele rodzajów samotności. Teraz widzę że każda z nich to inna droga do spotkania.

6cz3

6 czerwca

Znowu cały dzień bez cienia i bez ludzi. Wieje piaskiem gorący wiatr, który wysusza pot. Nie ma jak stanąć bo jest tylko gorzej. Lepiej już pchać. Wolno. Z różańcem.

6cz7

Widzę w oddali bardziej zielone miejsce z kępą drzew! Jak oaza! Cień! Tam jest cień! W końcu siadam w ożywczym cieniu pod niedużym drzewem i wreszcie mogę skupić myśli i „normalnie” się pomodlić. Jakim cudem jest cień! Wyciągam wodę i pije… mam świeży zapas bo godzinę temu przy zbiorniku Illihoe przefiltrowalem 8 litrów!

Spotkałem tam Jamesa, z którym poznaliśmy się w missteczku! Ale się ucieszyliśmy! Od razu obaj mówimy o gwiazdach ostatniej nocy. I że wkrótce zacznie sie bardziej zielone Utah. Cieszymy się jak dwaj kosmici na planecie Piach. Wodopoj to miejsce spotkań. Każda antylopa to wie.

6cz5

Siedząc oparty o pień i delektując się cieniem i wodą słyszę jakby ciche popiskiwanie… Wstaję i zaglądam do miejsca po ułamanym konarze… gniazdo z pisklakami! Wystawiają dzioby w oczekiwaniu na pokarm. Dziobiaste paskudy nieopierzone z wyłupiastymi oczami są tak pociesznie brzydkie… Nagle jakieś drżenie mnie przebiega i czuję silne wzruszenie… Delikatne pisklaki w tym skrawku cienia na środku pustyni. Definicja życia. Widzę teraz jakby sens kosmosu, który zawsze zmierza do życia… Maluchy wołają o to samo co ja. I wtedy widzę, że otwierają dzioby na dźwięk, który słyszą z czubka sąsiedniego drzewka. Rodzice! Para ptaków siedzi na gałęzi i gada z dziećmi. A więc mama i tata. Rozumiem, że nie mogą nakarmic dzieci bo ja jestem przeszkodą. Boją się człowieka.

6cz6

A więc tak… Trzeba iść stąd i pozwolić, żeby młode dostały pokarm. A więc znów na żar słońca… Za długo nie posiedzialem w tym cieniu, ale ruszam w drogę szczęśliwy…

Teraz widzę, że ta droga nie jest dla mnie i nie ja ustalam plan. Jest dla tych, którzy zaufali, że otrzymają to o co proszą… Jak te maluchy, których dzioby nawet na chwilę nie wątpią w opiekę rodziców…