27m2

Jestem nie dla siebie

27 maja

Spotkasz Boga na Geiger Summit
… w palących mięśniach i gubionym co chwila oddechu na ostrym podejściu, które nie ma końca. Gdy Go wtedy nie odrzucisz On pokaże Ci swoje Oblicze, z oczami płonącymi miłością… ale wcześniej musisz pokonać swoją drogę…

27m

Przedwczoraj wyrósł przede mną masyw Carson Range. 12 mil serpentyn bez pobocza. Kolejne godziny pchałem pod górę odcięty przez metalową barierę, bez możliwości zatrzymania się czy ucieczki w bok przed tirami. Tutaj kończą się teorie i fantazjowanie. Doświadczenie, którego sam bym nie wybrał, ale jestem tu. Jestem nie dla siebie. Niosę intencje. Ktoś mi zaufał. Trzeba iść. Mdli ze zmęczenia i słabną ręce. Każdy kolejny zbliżający zakręt daje nadzieję że dalej będzie mniej stromo. Ale droga znowu wije się pod kolejną górę i kolejną… W końcu, zły na siebie, odrzucam te nadzieje. Wzrokiem uczepiam się kształtu na szczycie, który przypomina krzyż. Ściskam różaniec, który jest teraz liną do holowania wraku pod górę.
W końcu wychodzę na szczyt z widokiem, który wynagradza wszystko. Zalewa mnie łaska Obecności, która gasi wstyd, że znów byłem tak blisko buntu.

Droga uczy, że Żywy Bóg jest w doświadczeniu ofiary z siebie. To nie musi być fizyczny ból, ale każdy, kto odrzuca pokusę i wybiera Boga zna to uczucie. To nie jest wzniosłe ani romantyczne. To wołanie zranionego biedaka ktory idzie wbrew nadziei. Pustka, która kroczy w ciemności do niewidzialnej Pełni… aż do punktu Spotkania, które wyjaśnia wszystko. Jeśli odrzucisz pokusy fantazji, ornamentów i ucieczek.

To było przedwczoraj.

Dzisiaj jestem w Fallon. Na pustynnej równinie Nevady. Wróciłem z mszy świętej w Kościele św. Patryka.

27m3

Kolejne spotkanie we wspólnocie amerykanskich katolików. W centrum ołtarza tabernakulum. Obraz Jezusa Milosiernego po prawej stronie.

Dziś niedziela Trójcy Świętej. Ksiądz na homilii mówi o tym jak trudno pojąć tajemnicę Trójcy Świętej. Eucharystia pod dwoma postaciami… krew ma słodki smak.

Ktoś z Polski przysyla mi słowa Mistrza Eckharta…

Mistrz Eckhart, ojciec mistyki nadreńskiej, w jednym ze swych kazań o siostrach Łazarza – Marii i Marcie – zapisał takie zdanie:

„Ważna jest dyspozycyjność i gotowość do wszelkiego działania, o które Bóg mógłby nas poprosić. Trzeba jednak być blisko rzeczy, ale nie w rzeczach”.

Blisko rzeczy, ale nie w rzeczach! Nie dać się przykleić do wyobrażeń i myśli podsuwanych przez obrazy w zależności od chwilowych emocji. Stale patrzeć Mu w oczy. Strach, zmęczenie, ból – to aniołowie zdrady posłani dla zerwania tej relacji. Realna obecność Boga w decyzji, w działaniu, w zaparciu się siebie. Ofiara rezygnacji z fantazjowanie o Bogu na rzecz prawdziwego Spotkania z Nim sam na sam. Realnego spotkania.

Zdobywać szczyt Carson Range można także krocząc przez codzienność: blisko rodziny, pracy, przyjaciół, dzieci…, ale nie bedąc „w nich”. Patrzeć stale w oczy Bogu. Nie dać się zwieść żadnej pokusie pozornego piękna, pozornej prawdy, pozornej miłości. Wtedy każde uderzenie serca i każdy oddech będą Nim, spotkaniem … Według Eckharta, działanie (postawa Marty) nie oddala od Boga. Tak jak modlitwa (postawa Marii) nie oddala od codziennego trudu. Ważne jest tylko, aby na dnie codziennych zajęć odczuwać stale głód Boga. Być stale w relacji, patrzeć Mu prosto w oczy. Wtedy Bóg pozwoli się znaleźć we wszystkim, nawet „na dnie garnka”!

To nie teoria. Chodzi o miejsce Boga w moim życiu. A dokładnie o to, aby zostać wprowadzonym w zażyłość z Bogiem Trójjedynym.

Zwykło się mówić o Trójcy Świętej w sposób abstrakcyjny i niezwiązany z życiem. Teorie oddzielają rzeczywistość wiary od życia, umieszczając ją w sferze idei i myśli. Pielgrzymka oddziela teorie od życia. Tu stale potrzeba decyzji. Albo krok w stronę Boga albo krok w przeciwnym kierunku. Jeśli w centrum życia i w każdym jego momencie nie ma Boga czyli udzielającej się jeden drugiemu miłości – wszystko będzie fikcją i ucieczką w teorie i fantazjowanie. Bez mojej decyzji, bez Boga żywego, ze mną tu i teraz – życie staje się farsą, dramatem ciągłego udawania i ciągłą ucieczką.