FB_IMG_1535906462271

Joseph

Idąc czwarty miesiąc przez Stany, nocuję w bardzo różnych miejscach: pod namiotem, w domach księży, u rodzin, w schroniskach dla bezdomnych, ale ostatnio przeważają motele.

Nigdy nie wiem, jakie historie rozegrały się w takim miejscu wcześniej, więc po rozłożeniu ikon w pokoju, zaczynam zwykle od krótkiej modlitwy.

Wczoraj po ciężkim dniu, wylądowałem w malutkim, tanim pokoiku, o którego standardzie nie będę się rozpisywał. Wyjmując z plecaka ikony, zauważyłem na ścianie niebieski różaniec, powieszony na włączniku światła. Musiał go zostawić poprzedni lokator. Brakowało mu tylko krzyżyka. Ucieszyłem się, bo akurat dostałem dzień wcześniej mały krzyżyk od misjonarzy św. Benedykta z Michigan, z którymi dzieliłem nocleg. Jeden z nich miał polskie nazwisko Mazurek, choć po polsku umiał powiedzieć tylko „Ojcze nasz, który jesteś w niebie”, nawet z poprawnym akcentem.

Był bardzo dumny ze swojego polskiego pochodzenia. Badał genealogię przodków i zasypał mnie pytaniami o Mazury. Zacząłem więc od krzyżaków sprowadzonych przez króla Konrada Mazowieckiego, którzy z dawnych Mazur mieli wypędzić pogańskich Prusów, ale po wykonaniu zadania zadomowili się wśród jezior tej pięknej krainy i takie były początki Prus Wschodnich i pruskiego militaryzmu, który był jednym z korzeni dwóch wojen światowych.

Jeff mnożył pytania, więc żeby wyjść z zawiłych tematów historycznych, w których ekspertem nie jestem, przeszedłem do muzyki zaskakując go całkowicie informacją, że Chopin komponował mazurki, i że mazurek to także takie pyszne polskie ciasto. Był zachwycony i podarował mi medalik św. Benedykta i ten mały krzyżyk.

Idealnie pasował teraz do różańca.

Nazajutrz wyruszyłem rano w dalszą drogę na wschód. Po stu metrach okazało się jednak, że z lewego koła wózka zeszło powietrze. Wymiana dętki zabrała pół godziny.

Gdy przeszedłem dwie mile zorientowałem się, że w zamieszaniu z oponą źle domknąłem klapę wózka z przodu i zgubiłem w drodze kosmetyczkę. Musiała wypaść z wózka. Cofnąłem się więc myśląc, co to za dziwny początek dnia.

Kosmetyczka leżała na poboczu drogi, na wysokości stacji benzynowej. Pomyślałem, że skoro już tu jestem, to przy okazji kupię napoje na drogę .

W środku przy stoliku siedział ciemnoskóry mężczyzna. Nasze spojrzenia spotkały się i wymieniliśmy uśmiechy. Coś nas przyciągnęło do siebie i po chwili, siedząc przy stoliku, rozmawialiśmy jak starzy znajomi.

Okazało się, że Joseph pochodzi z Florydy i jest kierowcą tira. Od trzech dni jest tu unieruchomiony, bo były jakieś problemy i cały czas czeka na załadunek towaru. Gdy mówię mu o sobie i o pielgrzymce, opowiada mi swoją historię.

– Dwa razy skradziono mi wolność. Najpierw, gdy przed wiekami moich przodków porwano jak zwierzęta z Afryki. A potem w XIX wieku, gdy moi czarni bracia zbiegli z plantacji i przyłączyli się na Florydzie do indian z plemienia Seminoli. Seminole to byli wolni ludzie. Razem walczyli przeciwko białym o swoją wolność, ale przegrali i zostali wygnani do rezerwatów, aż na zachodni brzeg Mississippi. Semino-li w języku Creek oznacza zbiega, uciekiniera.

Ostatnio zepsuło mi się radio w samochodzie i podczas jazdy dużo rozmyślam o tym, czym jest prawdziwa wolność. Moim patronem jest Józef, ten sprzedany w niewolę do Egiptu.

Nigdy nie zapomniał skąd pochodzi. Ja też jestem dumny z mojego afrykańskiego pochodzenia.

– Ameryka to kraj wolnych ludzi – przerywam mu.

– Ale zobacz, co robią z tą swoją wolnością. Każdy chce być wolny po swojemu. Wolny na własnych zasadach. A przecież bez Boga nie ma wolności. Człowiek żyjący bez Boga wcześniej czy później ulega swoim grzechom i traci wolność.

Staje się niewolnikiem.

Obaj jesteśmy zaskoczeni „przypadkowością” naszego spotkania. Joseph miał nieplanowany przestój, a ja cofnąłem się, bo zgubiłem kosmetyczkę.

Obaj wiemy, że Bóg miał w tym swój plan, żeby połączyć nasze drogi.

FB_IMG_1535906449694FB_IMG_1535906454916