Nadzieja

Pokuta

KrzyżArmagh, miasto w Północnej Irlandii. Pierwszy kościół św. Patryka, z V wieku, początki chrześcijaństwa w Irlandii, coś jak nasze Gniezno.
Za pieniądze Raymonda biorę pokój w młodzieżowym schronisku. Rozszczebiotana młodzież z różnych stron świata. Dzielę pokój z dziewczyną i chlopakiem z Nowej Zelandii. Są w wieku mojej córki. Słuchają o cywilizacji miłości, oglądają tablicę. Dostają krzyżyki „tau”.
– To będą pierwsze krzyże cywilizacji miłości w Nowej Zelandii – wymieniamy kontakty i obiecujemy pamiętać o sobie nawzajem.

Eybeleen poznaję w kuchni. Proponuję ciastko do kawy. Jest przewodniczką wycieczki młodych Amerykanów po Irlandii, pracuje jako profesor fizyki na Uniwersytecie w Lexington, w Wirginii, USA. Szybko nawiązujemy kontakt. Następnego dnia prowadzi mnie 5 km za miasto do Centrum Duchowości Celtyckiej prowadzonego przez kobietę- duchowną kościoła anglikanskiego. Eybeleen należy do kościoła prezbiterianskiego. Opowiadam jej w drodze o duchowości Asyżu, o różańcu, o Sw. Janie Pawle II, o tym ze jako pierwszy papież przekroczył próg synagogi, ze zaprosił do Asyżu przedstawicieli wszystkich religii świata.
– Nigdy o tym wszystkim nie słyszałam – odpowiada zaciekawiona.
Gdy się żegnamy prosi o modlitwę za syna Williama.
– Cztery lata spędził w Iraku, Marine Corpse. Gdy wrócił, nie umiał sobie znaleźć miejsca, włóczy się teraz z grupą podobnych mu włóczęgow bez pieniędzy po Stanach. Żyje „ze śmieci cywilizacji”.
Głos Eybeleen się łamie, w oczach ma łzy.

Młodzież

Belfast. Ostatnie moje miasto na Zielonej Wyspie. Stąd popłyne promem do Szkocji. Kiedyś miasto bylo terenem brutalnego konfliktu między katolikami i protestantami. Szukam katolickiego Kościoła św. Antoniego, to daleko, we Wschodnim Belfascie. Idę przez całe miasto. Krzyż wzbudza zainteresowanie, niektórzy pokazują uniesiony w górę kciuk. Inni uważnie się przyglądają. Wchodzę do portowej dzielnicy… Flagi Ulsteru, brytyjski Union Jack, czerwony krzyż na flagach Anglii. To chyba polnocnoirlandzki nacjonalizm. A może tylko lokalny patriotyzm… Czuje się niepewnie. Kościół okazuje się zamknięty, trawa wokół niego też – wysokie ogrodzenie z furtką zamkniętą na kłódkę.

Belfast

Jestem zmęczony i bezradny. Nie ma nigdzie trawy pod namiot, robi się późno.
Wtedy podchodzi do mnie 6-osobowa grupa młodych ludzi. Po twarzach, ubiorach i tatuażach widzę że to „środowisko”.
– Kim jesteś?
– Pielgrzymem, idę od Góry Sw. Patryka.
Mają silny irlandzki akcent. Uważnie mi się przyglądają. Ten który zadał pytanie wygląda na ich lidera.
– Po co?
– To pokuta. Modlę się.
– ???
– Chcę być uczciwy wobec siebie. To ciężka droga. Kiedyś robiłem złe rzeczy.
– Co robiłeś?
– Byłem przemytnikiem w Azji, potem zarabiałem, miałem firmę. Wszystko straciłem.
– Co przemycaleś? Narkotyki?
– Różne rzeczy.
– A masz jeszcze kontakty? chętnie skorzystamy…
Grupa zgodnie rechocze.
– Skończyłem z tamtym dawno. Teraz szukam noclegu. Znacie jakiś Bed nad Breakfast w okolicy?
Dopytują co to znaczy „być uczciwym wobec siebie samego”. Tłumacze jak umiem.
Dostaje wskazówkę jak trafić do hostelu. Mam jeszcze funty od Raymonda.
Na pożegnanie „szef” podaje mi „żółwia”, reszta robi to samo.

Uff.
Teraz trzeba dojść do hostelu.
To dokładnie po drugiej stronie Belfastu.