FB_IMG_1537117009424

Rodzina to Świętość

Zaniemówiłem…
Tak! Dosłownie. To, co się stało w Meksyku, oszołomiło mnie. I zaniemówiłem.
Zaczęło się jednak… od miłości do Jana Pawła II. Konkretnie ze strony pewnego Chilijczyka, Sergio Alcayaga Chelme. Aby uczcić świętego papieża, pielgrzymował kiedyś z Rzymu do Wadowic. Nabrał o Polakach dobrego mniemania i bardzo chciał się odwdzięczyć. Ofiarował się z pomocą zanim polecieliśmy na kontynent północnoamerykański. Nim dotarłem do Meksyku, już miałem zapewnione przyjęcie od samej granicy. Tuż za Rio Grande czekała na mnie Anahi, przedstawicielka kościoła katolickiego. Za jej sprawą otworzyli mi na oścież swój dom Patrycia i Jose Fajardo. Okazało się, że nie ograniczyło się to do grzecznościowego, uprzejmego przenocowania. Ja zostałem PRZYJĘTY DO RODZINY! Wyobrażam sobie ten dystans i sceptycyzm wielu odbiorców czytających te słowa. Ja… zaniemówiłem. Tak, nam – ludziom o „zachodniej mentalności”, trudno to pojąć. A w domu Fajardo stało to się oczywiste, ot tak i już, po prostu! Córka Patti i syn Victor towarzyszyli mi na każdym kroku i dosłownie usługiwali. Ale gdy chciałem odpocząć w samotności, to szedłem bez problemu do pokoju, który odstąpił mi około 10-letni syn Patti, także Juan. Czułem się i poruszałem dosłownie jak u siebie. Z wielkim rozrzewnieniem patrzyłem na te rodzinne fotografie. Wszyscy byli tacy piękni! O, jakże silnie powróciły do mnie myśli o tym wielkim pragnieniu mojego życia, aby założyć i pięknie przeżyć życie w gronie rodzinnym! A tutaj, w Meksyku, to takie oczywiste! Rodzina to świętość! Kochani! Czujecie to: rodzina to świętość! A od tej pierwszej nocy rodzina Fajardo jest i dla mnie rodziną. Niesamowite!
Spędziłem w Piedras Negras trzy noce. W końcu trzeba było jednak ruszać. Pożegnanie z łezką w oku. Nie przeszkodziła w czułościach nawet towarzysząca temu kamera lokalnej telewizji. Informacja o pielgrzymce „aCros Ameryka” poruszyła tutejszą społeczność. Pielgrzymująca ikona Panny Przenajświętszej, i to w bezgranicznie uwielbionym wizerunku La Virgen de Guadalupe, oraz niosący ją „osiołek”, sprawiły wielkie poruszenie. Momentami dosłownie dziesiątki ludzi oczekiwały przy drodze, aby pozdrowić, ofiarować coś do jedzenia i picia, wręczyć jakiś datek, obdarować dewocjonaliami. Ludzi było tak wielu, że przestawałem się poruszać do przodu. Eskorta policji, która miała zapewnić bezpieczne poruszanie się po drodze, okazała się praktyczną pomocą, abym mógł pokonywać odległość. W większości okazywane emocje były tak wylewne, że aż mnie wprawiały w stan swoistego „zawieszenia”. Czułem to, jak z głębi całego jestestwa ludzie łączyli się z tą pielgrzymką przez moją osobę. Co chwilę otrzymywałem błogosławieństwo od ludzi, którzy przecież pierwszy raz w życiu mnie widzieli. A potem i poza miastami, samochody co chwila zatrzymywały mnie. Czasami żeby cokolwiek od serca ofiarować. Choćby i nawet napoczętą butelkę wody. Albo ta scena, gdy ojciec z dwoma synkami, tak około 5 i 7 lat, zatrzymuje się, bo chłopcy chcieli oddać swoje pieniążki pielgrzymowi, zamiast kupić sobie lody czy słodycze. Wielką przyjemnością było dla mnie widzieć radość dziewczynki, gdy nie zatrzymałem się ze względu na ogrom ludzi, ale ją wyłowiłem z tłumu i poprosiłem o małą flagę Meksyku, trzymaną przez nią w ręce. Jak ona podskakiwała z radości! I tutaj jest dobry moment, aby opisać spotkanie z Juanem. Idę pomiędzy miastami. Zatrzymuje się któreś tam z wielu aut. Człowiek wręcza jakieś dary (już nie pamiętam co), pyta co jeszcze potrzebuję. A potem mówi, że zaprasza w najbliższym mieście w swoje progi na na noc. Zabierze mnie z miejsca zatrzymania, a rano odstawi w to samo miejsce, abym mógł kontynuować drogę. Żaden problem! Nie miałem jeszcze zapewnionego noclegu, więc potwierdziłem, że prawdopodobnie skorzystam. Parę chwil później jednak podjechał do mnie na motorze Carlos, z informacją, że zapewnia mi nocleg w imieniu mojej rodziny, Fajardo.
Pod koniec dnia ponownie przyjechał Juan. Ależ mi było niezręcznie poinformować go, że mam zakwaterowanie!
Znalazłem się w wielkim kłopocie! Bo jak przyjąć od jednego, a odmówić drugiemu ofiarowanej z serca pomocy?! Widziałem ten smutek w zachowaniu Juana, a jego pokorne godzenie się na zaistniałą sytuację tylko zwiększyło i mój ból. Wierzcie mi, że bardzo głośno krzyczałem do Boga, aby nie stawiał mnie w takich sytuacjach! I niemal żądając, a nie prosząc, aby rozwiązał teraz tę niezręczność, bez szkody dla kogokolwiek. Tak, odważyłem się aż na to. I co? Ano Pan Bóg jest! Kochany jest! Nie wiem jak Juan porozumiał się z moją rodziną, ale ostatecznie to w jego domu zasnąłem tego wieczora. I było to bardzo ważne wydarzenie!

A co więcej, to opiszę za czas jakiś. Mam nadzieję! Bo mało znajduje czasu na pisanie. Proszę o wyrozumiałość!

Jose junior

FB_IMG_1537116897488

Pati-mama, Pati-córka i.. „osiołek Boży”

FB_IMG_1537117301119

Przenajświętsza z matek pośród zdjęć rodzinnych

FB_IMG_1537117533978

Familia Fajardo

FB_IMG_1537117685506FB_IMG_1537117693953

Przerwa w drodze – zdjęcie z klerykami i… błogosławieństwo księdza.

FB_IMG_1537117843484

Dzieci Boże

FB_IMG_1537117911592

Eskorta na trasie

FB_IMG_1537117916154