Francja

To byłoby STRASZNE!

Jestem we Francji! I to jest inna rozmowa. Tu wi-fi jest dostępne dla wszystkich telefonów. We Włoszech tak nie jest, niestety. Zatrzymałem się na kampingu w Jausiers już przed 16-tą, zrobiwszy ledwie 24km. I zrobiłem to z rozmysłem. Rzekłbym – z premedytacją! Wi-fi. Wreszcie mogę powysyłać zaległy materiał. Ludzie przecież czekają… Prawdaaa?

Post użytkownika Wojciech Jakowiec.

Filmiki puściłem na YouTuba. Wolno, ale się wgrywają. A później łatwo można je przerzucić na nasze strony. W tym czasie mogę pisać. Do tematów więc! Może na rozgrzewkę coś mrożącego krew w żyłach. Wczoraj zaplanowałem dotrzeć do granicy. Było sporo wspinaczki. Serpentynami tak krętymi, jak i pięknymi. I nie wiedzieć czemu, granice ustalane są na szczytach przełęczy. Szedłem uparcie, bo jak mi powiedział pewien niesamowity człowiek (opiszę!), przy granicy miało być alberge dla pielgrzymów. I to po 3 Euro za nocleg.

Minąłem tablicę Uni Europejskiej z informacją, że do Francji pozostał kilometr. Tylko te chmury… Głupio tak zamoczyć buty pareset metrów przed wygodniutkim, cieplutkim noclegowiskiem. Tymczasem kropi. I tak zimno nagle się zrobiło. Biegnę prawie. Na nic! Muszę zarzucić pelerynę. Plecak zmoknąć nie może. Zbyt cenny w nim skarb. Ikona św. Benedykta, poświęcona w klasztorze świętego, na Montecassino. Peleryna chroni idealnie. Ciężka jest, ale nie żałuję, że ją wziąłem. Już w pełnym deszczu dopadam do pierwszego budynku. Skoro bar, to pewnie i „refiudż”, tak fonetycznie ujmując. Pytam. A tu figa. Tylko bar-restauracja. Refuge to ten następny budynek, tam u góry, 500 metrów jeszcze. A tu leje!

Piję czekoladę. Przepyszna. Trochę przypomina nasz budyń. Cena za to… Leje. No nie mogę tu kwitnąć. Tam czeka ciepły kąt. Wyjmuję chińskie lanki – gumowe klapki, jakie zawsze zabieram w drogę. Adidasy troczę do plecaka. Peleryna na siebie i ruszam w deszcz. Skarpetki mogą zmoknąć. O, rany! Jakie przejmujące zimno! No tak, głuptaku, to Alpy! Góry. Trzesę się i biegnę pod górę, do tego widzianego niemal na wyciągnięcie ręki domu, obietnicy ciepła i suchego łoża. Schody. Drzwi… a na nich kłódka! Przy drugich drzwiach też kłódka. Nie. Nie! Nie, nie, nieee! O, nieeeeeee! To okrucieństwo. Tak nie można. Nie można! Stoję jak ten głupi na pustkowiu przełęczy górskiej…

Zaraz! Może klucz jest w sklepie po drugiej stronie szosy. Śmiesznie muszę wyglądać w tej pelerynie i lankach. Mi nie jest do śmiechu jednak. Te schronisko nie działa! I koniec. Jest jakiś hotel w miasteczku, za trzy czy cztery kilometry. Waham się. W klapkach po górskiej szosie? Przemarznięty. Wybieram drugą opcję. Z 200 metrów wcześniej minąłem ruderę. Wyglądała solidnie, choć pozbawiona była okien. Oby tylko był w niej kawałek suchej podłogi. Ciekawostka: brak schów na piętro. Może to i dobrze? Ba! Parkiet nawet jest. Choć okropnie zakurzony. Ile się da, uprzątam go kawałkiem znalezionej wycieraczki. Bedzie dobrze. Odrobina kurzu nie zabija. Tylko zimno jest. Gwizd. Głośny i przejmujący. Uf! To świstak jakiś. Widzę go przez otwór okienny. Widać on mnie dostrzegł pierwszy. I narobił zamieszania. Świstaków nie ma co się bać. Za to duchów… Bać się, czy nie bać?

Przytuliskiem mojej dzisiejszej noclegowni nazwać się nie da. No i oczywiście przychodzą na myśl te wszystkie filmy, które przyjść nie powinny. „Choćbym ciemną doliną wędrował, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.” I zawsze też przed snem oddaję się pod Obronę Panny Przenajświętszej oraz odmawiam modlitwę do św. Michała Archanioła, no i do mojego Anioła Stróża. Wszelkie lęki zaprzeczałyby więc temu co wyznaję! Jedyne czego słusznie się bałem, to zimno.

Ubrałem wszystko co miałem. Okryłem się jak mogłem peleryną. A i tak w nocy musiałem wysunąć się ze śpiwora i wydobyć namiotowy tropik, i okryć się i nim. A przekręcając się na któryś bok, drżałem, aby się te moje okrycia nie zsuneły. Bo to by było STRASZNE!