FB_IMG_1537465297829

To, co najważniejsze

W czasach, gdy chodziliśmy z bratem do podstawówki, nie było internetu ani komputerów. Po szkole cały dzień wymyślaliśmy sobie zabawy na powietrzu. Wszyscy nasi koledzy mieszkali w podobnych do naszego mieszkaniach w blokach, w których były podobne meble i takie same telewizory. Nasi rodzice jeździli takimi samymi samochodami i wysyłali nas latem na kolonie nad polskie morze, albo w góry. Świat nie miał tylu atrakcji co dzisiaj, ale był nieustanną przygodą, ciągłym poszukiwaniem i odkrywaniem nowych kolorów i smaków. Wszyscy godzili się z ryzykiem nabitego guza i podrapanych kolan.

Gdy byliśmy trochę więksi, telewizja rozpoczęła emisję serialu „Dynastia”. Zobaczyliśmy wtedy inny świat. Zachód to były wspaniałe domy, niesamowite samochody, ludzie w pięknych ubraniach. Ta nowa, kolorowa rzeczywistość z TV zachwyciła nas i zawładnęła naszą wyobraźnią.
Jednak zachwyt nie trwał długo. Szybko okazało się, że ci piękni ludzie z amerykanskiego serialu wcale nie cieszą się swoimi strojami, nie przeżywają szczęścia z jazdy limuzynami i nie podziwiają widoków z tarasów swoich apartamentów. Zamiast tego stale rozmawiają o interesach, knują intrygi i uczestniczą w spiskach, a nawet morderstwach. Na ich twarzach był lęk, albo próżność i egoizm.
Potem ten barwny świat z „Dynastii” stopniowo zaczął poojawiać się i u nas.

Wczoraj doszedłem do miejscowości Warsaw. Gdy piłem kawę na stacji benzynowej, do środka weszło dwoje dzieci, chłopiec i dziewczynka, z wyglądu mogli mieć 7-8 lat. Od razu poznałem, że to amisze – wspólnota, która odrzuciła zdobycze cywilizacji i prowadzi proste, wiejskie życie, bez prądu, samochodów i smartfonów. Dziewczynka ubrana była w nieco staromodną sukienkę i biały czepek. Chłopiec miał farmerskie proste spodnie z szelkami, na głowie kapelusz. Oboje dłuższą chwilę wybierali lody z lodówki. Kupili też dwa duże worki lodu. Wyszedłem za nimi. Załadowali lód do śmiesznej czarnej mini-bryczki, zaprzężonej w małego konika. Dziewczynka spojrzała na mój wózek i uśmiechnęła się niepewnie. Podobnym spojrzeniem mógł kiedyś Piętaszek obdarzyć Robinsona Cruzoe.
Przyglądałem się, jak mała bryczka rusza spod stacji benzynowej, na której panował spory ruch samochodów. Na amiszów nikt nie zwracał specjalnej uwagi.

Pod wieczór dotarłem na duży camping, gdzie byłem jedynym niezmotoryzowanym gościem. Mój namiot stanął pośród setek wielkich domów na kołach, które są częścią amerykańskiego stylu życia. Trochę zazdrościłem im teraz łazienek, łóżek i klimatyzacji.
Przypomniałem sobie parę małych amiszów i pomyślałem o tym, co tak naprawdę czyni człowieka szczęśliwym.

FB_IMG_1537465292816FB_IMG_1537465301073