FB_IMG_1533394756850

Twarzą do wschodzącego słońca

Posuwam się mozolnie na wschód przez Wielkie Równiny. Każdego dnia dwadzieścia kilka mil twarzą do wschodzącego słońca.
Pobocze jest szerokie, asfalt gładki, płasko, tylko horyzont cały czas daleko i wszędzie zielona kukurydza.

W Nevadzie ożywiała mnie walka z pustynią, potem wyzwaniem były góry Colorado. Najtrudniej jednak chyba mierzyć się z monotonią kukurydzy….

W miasteczku Cozad czytam tablicę z informacją, że dokładnie tutaj przebiega południk 100. Meridian 100, to pionowa linia dzieląca Stany dokładnie na pół, oddzielając suchy Zachód od wilgotnego Wschodu.

USA to wielkie przestrzenie i odpowiednie do ich skali rozwiązania techniczne.
Np. ruchome deszczownie na polach liczą po kilkanaście przęseł, każde długości boiska piłkarskiego. Ciągniki TIRów są olbrzymie, z dwoma kominami po bokach wyglądają jak stalowe smoki. Pociągi mają niespotykaną gdzie indziej długość. Raz naliczyłem 240 wagonów i 6 lokomotyw: dwie z przodu, dwie w środku składu, i dwie na końcu.

Powszechny w użyciu jest tu uśmiech i wielki luz. Gdy wszedłem wczoraj do punktu Western Union, żeby odebrać zasilenie, jakie przesłał mi znajomy z New Jersey, zauważyłem, że dziewczyna w okienku ma prawą rękę w gipsie.
Najpierw była tradycyjna amerykańska wymiana pozdrowień:
– Jak się masz dzisiaj?
– W porządku, a ty?
– U mnie ok, dzięki.
Zagaduję, że pewnie ciężko jej jedną ręką pisać na klawiaturze i liczyć banknoty.
Dziewczyna odpowiada ze śmiechem:
– Na szczęście jestem „tough cookie”.
To określenie dosłownie oznacza „twarde ciasteczko”, ale trzeba je rozumieć jako „mocny, odporny charakter”.

Gdy po nocy pod namiotem w kukurydzy wchodzę w najbliższym miasteczku do baru, żeby wydać 8 dolarów na „American breakfast” – w środku siedzą przy stolikach lokalni farmerzy. Każdy wygląda jak „tough cookie”, choć ich opalone twarze nasuwają skojarzenie z „red necks” (dosłownie „czerwone szyje”).
„Red necks” znaczy tyle, co u nas „karki”, ale ci tutaj, choć widać, że twardziele, uśmiechają się z zaciekawieniem na mój widok.
Od razu widać, że jestem tu obcy, więc muszę wyjaśnić skąd i po co idę.
Słuchają uważnie. Gdy mówię, że w rolniczym Utah spotkałem życzliwych ludzi, słyszę w odpowiedzi:
– Mormoni mają po sto żon, nic dziwnego że są zadowoleni.
Wybucha zgodny śmiech.
Korzystam z okazji i zadaję pytanie, co sądzą o prezydencie Trumpie.
Od razu dostaję poważne spojrzenia.
– Prezydent Trump jest ok. To nie świętoszek, ale uczciwie pracuje. Realizuje to, co obiecał. I ma odwagę walczyć z największym kłamstwem naszych czasów.
Przy stolikach kiwają głowami w geście poparcia.
Choć jestem bardzo ciekaw, głupio mi pytać, co jest tym „największym kłamstwem naszych czasów” . Jestem chyba jedyna osobą w barze, która tego nie wie.

Kelnerka przynosi mi karteczkę i prosi, żebym zostawił swój wpis na ścianie. Wokół dwóch wielkich map widzę masę kolorowych karteczek. Jedna to mapa USA, druga przedstawia cały świat i ma podpis: „Goście z okolic stawu”. Ten „staw”, to chyba Atlantyk.
Piszę kilka słów i przyczepiam moją zieloną karteczkę na wysokości Florydy, obok setek innych.
Gdy wychodzę żegnają mnie serdeczne uśmiechy:
– Happy trails! (Dobrych szlaków!)

I znowu zanurzenie twarzą na wschód w zielony bezkres kukurydzy …