FB_IMG_1533980702960

Ufam Tobie

Lovington, to nieduże miasteczko. Rafał z Grupy modlitewnej z Chicago dodzwonił się i uzyskał zapewnienie, że ksiądz z parafii św. Tomasza zaopiekuje się mną. Po niezrozumiale ciężkim dniu poprzednim, tego dnia dotarłem na miejsce nadspodziewanie sprawnie, mimo dłuższego dystansu. Klęknąłem przed drzwiami kościoła. I tu zdziwienie – kościół w remoncie! Czy tabernakulum jest w środku? Chwila odpoczynku na murku i… czekanie. Krótkie czekanie. Ksiądz Luis podjeżdża. Wymiana informacji przy pomocy translatora. Chyba mały dystans wyczułem… Nie ma co się dziwić. Pięknie to ja nie wyglądam. I jeszcze nie ogolony. Można się wystraszyć. Propozycja jednak prosta i szybka. Ksiądz zafunduje mi hotel. Ok! Po paru krokach ledwie, zmiana decyzji. Ja nie wiem dlaczego i nigdy wiedział nie będę. W każdym razie, na wielkim już luzie, ksiądz Luis mówi, że w hotelu nie ma miejsca (widać dzwonił z auta, gdy ja szedłem pchając wózek), więc zaprasza na plebanię. Wchodząc do Lovington, faktycznie trafiłem na dużą paradę. Hotele mogły być pełne. Mało to jednak ważne. Ważne, że serce księdza otworzyło się na pielgrzyma. Dobrodziej miał obowiązki, ale dla mnie to nawet było wygodne. Mogłem spokojnie posprzątać wózek i w ogóle uporządkować wokół siebie. O kolacji Ojciec jednak pamiętał. Porządna kanapka z restauracji, której ledwie połowę wcisnąłem. Nim jednak to wszystko, to niemal z marszu była msza! Ech, od tego powinienem był zacząć. Bo najważniejsze przecież, że Mamusia … O, rany! Piszę to w kościele w Hobbs i przerwano mi, przynosząc śniadanie!!! Tak działa Niebo… bo Mamusia w pielgrzymującej ikonie nocowała w świątyni! Ojciec Luis ciepło też informował swoich latynoskich wiernych o pielgrzymce. Sam Ojciec z pochodzenia jest Wenezuelczykiem.
Wypocząłem i wyspałem się naprawdę pięknie. Z rana, z mocnym błogosławieństwem kapłana, taki radosny, ruszyłem do Hobbs, do miejsca cudu. Kościół Katolicki nie jest pochopny, więc na oficjalne uznanie jeszcze poczekamy. Wierni jednak bardzo gorliwie modlą się przed przepiękną figurą Pani z Guadalupe, której płynęły łzy. Dla tego to miejsca poszedłem nieco dłuższą drogą. Jednak czy mogło być inaczej? Pielgrzymująca ikona ponownie na noc spoczęła w świątyni, u stóp tej cudownej figury. I to jest najważniejsze! A osiołek? Osiołek w mojej „roszczeniowej” osobie otrzymał ceny dar – katechezę. Rafał i tu się dodzwonił i szedłem, już jakby mi się należał nocleg w parafii. Pan jednak uczy. I dzięki! Parafia gościła innych pielgrzymów, więc ja dotarłem nie w porę, kłopotliwie. Boże! Dziękuję Ci, że dałeś mi w tym momencie łaskę pokornego wycofania się! Problem żaden, bo dzięki darczyńcom mogłem bez problemu pójść do motelu. I wyspałem się ponownie pięknie, i nikomu nie byłem kłopotem. Bóg jest wielki! Sam moment jednak „przerabiania” tu i teraz zaistniałej sytuacji, która nie zgadzała się z wcześniej tak pewnie wprowadzonymi planami, ta katecheza jest najwspanialsza. Raz jeszcze – Bogu niech będą dzięki!
A teraz siedzę w kościele i piszę. Po porannej mszy. Po przyłożeniu przez kapłana pielgrzymującej ikony do cudownej figury. Po omodleniu intencji niesionych w książce intencji i w sercu. Po śniadaniu ofiarowanym mi z serca. Siedzę i piszę. Czekam też na przesyłkę, bo mają tu dotrzeć płyty z filmem „Ufam Tobie”. Czas na modlitwę i dzielenie się z Wami. Czyż Bóg nie jest najlepszym „planistą”?

FB_IMG_1533980706418FB_IMG_1533980709902FB_IMG_1533980699094FB_IMG_1533980693341FB_IMG_1533980714744